Rozdział 3

Zawiązano mu oczy i nic nie widział. Prowadzono go w miejsce, o którym nie miał pojęcia. Czuł pod stopami wciąż śliską posadzkę, lecz wkrótce jego gołe stopy natknęły się na coś mokrego i śliskiego. Był prowadzony przez silne ramiona Fausta. Przypominała mu się scena jak szedł na osąd do Najwyższego, ale przy błękitnookim demonie czuł się lepiej, lecz na pewno nie darzył go zaufaniem, którego do nikogo nie miał, bo stracił w tym koszmarnym piekle.
Przystanęli. Atheus poczuł jak demon nachyla się do jego ucha od tyłu, opierając dłonie delikatnie na jego ramionach. Upadły poczuł się w pewnym momencie nieco dziwnie i nieswojo.
- Ufasz mi? - to pytanie było nieco zaskakujące.
- Nie. - odpowiedział krótko.
- I słusznie. - powiedział aroganckim tonem i zaśmiał się cicho. Odsunął się od Atheusa i zaszedł go od przodu. Stanął przed nim. - Czujesz ten zapach, który się unosi w tym pomieszczeniu? - ten pyszałkowaty ton głosu Fausta był nieco przerażający i sprawiał, że Atheus zaczynał się czuć niepewnie. Wciągnął powietrze nosem, żeby poczuć zapach. Był metaliczny i nieco zalatywało zgnilizną. Skrzywił się, ale jednocześnie zapach wydał mu się przyjemy. Nie wiedział tylko czy bardziej go lubił czy bardziej odpychał, a może lubił samo to, że go odpychał?
- Czuję. - odpowiedział krótko. Usłyszał jak Faust znowu do niego podszedł. Ściągnął opaskę z jego oczu. Atheus od razu zwrócił uwagę na jego sympatyczny i delikatny uśmiech. Upadłego anioła przez chwilę zaczęło zastanawiać to, czy był on kiedykolwiek szczery.
- Rozejrzyj się. Dołączysz do swoich braci, którzy właśnie przechodzą najważniejsze przejście, by stać się jednym z Nas. - wskazał ręką za siebie, po czym odsunął się, aby Atheus mógł ujrzeć niezbyt przyjemny obraz.
Blade sylwetki upadłych aniołów przybite do krzyży swoich grzechów. Omdlałe lub dopiero mdlejące, jęczące z bólu lub wygaszające na zawsze. Atheusa ogarnął strach. Jego oczy powiększyły się i przez dłuższy czas zawiesił wzrok na tym widoku. Był niepewny w swoich przekonaniach. Lubił ten widok czy nie lubił? Na samą myśl, że miał do nich dołączyć, bał się.
- Strach to największe przekleństwo jakim mogła zostać obdarzona dusza! - krzyknął Faust, zwracając na siebie swoją uwagę jego teatralną i wzniosłą gestykulacją. - Każdy z nas chce dokonać zemsty na wrogu, ale nic tak bardzo nie pomoże nam zrozumieć wroga jak wycierpieć to samo, co on. Ból to istota naszego istnienia i sięga nawet istot niematerialnych jak My. - błękitnooki demon stanął tuż przed upadłym i przez chwilę przyglądał się jemu w milczeniu. Zlustrował całą jego dość umięśnioną sylwetkę od góry do dołu, a potem z powrotem skupił swoją uwagę na zaniepokojonej twarzy wymęczonej duszy. Uśmiechnął się nagle urokliwie i, o zgrozo, uwodzicielsko, co wzbudziło dziwne uczucia w Atheusie, a potem pstryknął dwoma palcami, a echo rozniosło się po sali, w której przez chwilę panowała wolność od cichych lub głośnych jęków.
- Musisz stać się na chwilę Synem Boga. - mruknął po chwili, zniżając nieco głowę tak, że jego krucze kosmyki włosów opadły bardziej na jego czoło. Po chwili dwa silne ramiona popchały Atheusa w stronę wolnego krzyża.
- Nie! - krzyknął spanikowany odruchowo, chcąc się wyrwać. Spojrzał za siebie, ale brzuch potężnego, ponad dwumetrowego osobnika przysłoniła mu widok błękitnookiego. Przełknął głośno ślinę, zerkając na szpetną gębę stwora. Z jego dolnych warg wystawały dwa ostre kły skierowane ku górze, jego poliki były pokryte ranami ciętymi, pozszywane i wciąż otwarte, jakby nigdy nie pozwolono im się zabliźnić. Jego powieki były przekłute igłami, by nie mógł ich zamykać, tylko mógł swobodnie czuwać.
- Damnatus, tylko ostrożnie z nim, to delikatny egzemplarz. Postaraj się przybić gwoździe jak najszybciej, by krócej go bolało. - zaśmiał się pod nosem.
- Arrhgh aah - powiedział albo raczej zawarczał stwór, plując na czubek brązowej czupryny upadłego, który spanikował jeszcze bardziej. Próbował ostatecznie użyć swoich skrzydeł do wyrwania się spod potężnych ramion, ale te zdrętwiały, a przy jakimkolwiek udanym poruszeniu zwyczajnie się kruszyły. Zajęczał, co przypominało skowyt psa.

Damnatus, splugawione i potępione stworzenie niedelikatnie odwróciło Atheusa plecami do krzyża, a następnie chwyciło jego lewą dłoń przystawiając do belki krzyża. Przytrzymywał upadłego prawą część ciała całym swoim ciałem, by ten nie uciekł oraz aby spokojnie mógł sięgnąć po zardzewiały młot. Przystawił gwóźdź do nadgarstka demona Atheusa, który zacisną szczękę i zamknął oczy, co zaczynały powoli piec. Poddał się i nie usiłował uciekać.
Pierwszy zamach, gwóźdź przebił na wylot nadgarstek, a Atheus wydał z siebie głośny krzyk. Opuścił głowę, dysząc ciężko, a potem podniósł głowę i spojrzał na Fausta. Spostrzegł jego pełen satysfakcji uśmiech. Po chwili znów ból w nadgarstku się spotęgował przy kolejnym ciosie Damnatusa. Znów krzyk. Znów jęk. Łzy popłynęły po policzkach. Trzeci zamach. Ponowny wrzask upadłego zmieszał się z jękami i wrzaskami innych upadłych. Atheus z opuszczoną głową próbował myśleć o czymś innym, ale ostatecznie nie myślał o dobrze, skoro nie posiadał żadnego takiego wspomnienia. Poczuł dotyk dłoni na swoim policzku. Podniósł wzrok na Fausta, który patrzył się na niego z fałszywą troską.
- Ból to kwintesencja istnienia, pamiętaj - pogładził go po policzku. Czuł jak pot go zalewał, nie tylko z bólu, ale i również zła i nienawiści do błękitnookiego. Splunął mu prosto w twarz. Kilka par oczu upadłych, którzy nie zemdleli, a mieli tyle siły, żeby być świadomym tego, co się działo, skupiły się na tym, co zrobił Atheus. Faust otarł twarz, na którą zagościł nagły, stoicki spokój, dłonią. Upadły wiedział, że za oczami jego czaiła się złość oraz zaskoczenie.
- Gardzę tobą. - wyszeptał zmęczony w stronę błękitnookiego demona.
- Słusznie. Damnatusie, weź najgrubsze śruby jakie masz - zażądał z uśmiechem na twarzy, na co były anioł zareagował strachem.
- Arhhhhg - odpowiedział potępiony, a następnie sięgnął po najgrubszą śrubę. Chwycił prawą dłoń Atheusa, przygniatając ją do drugiego skrzydła krzyża.
- Nie! Ty nędzna kurwo, nienawidzę cię. - warknął, wyszarpując się, nie bacząc chwilowo na ból, bo górowały nad nim intensywne emocje.
- I właśnie o to chodzi. - zaśmiał się Faust.
Pierwsze uderzenie, kolejny krzyk, kolejne łzy. Atheusa przyćmiła ciemność, a następnie odleciał w przyjemny stan, w którym nie czuł żadnego bólu.

*
- Panie? - w progu sali stanął Faust.
- Wejdź, Fauście. - rzekł Sin spoglądając na okno swojego pałacu, którego ściany i posadzka była zdobiona ciemnoczerwonym rubinem szlachetnym.
- Wzywałeś mnie. - powiedział demon.
- Tak, tak, Fauście, chciałem się spytać o drobnostkę. Jak idzie powiększanie się Naszych szeregów?
- Tępo jest odpowiednie, Panie. Pan Najwyższy - splunął z pogardą - jeszcze się nie domyśla, że mamy dostępn do Niebios i że mamy tam jednego z Nas. - dokończył.
- Aaah, to bardzo dobrze. - zaśmiał się. - Naiwny mędrzec. Już wkrótce dokonamy na nim sprawiedliwości. Swoją drogą... Ostatnio spędzam więcej czasu na rozmyślaniu nad tą Doskonałością. Czy to nie jest przypadkiem niesprawiedliwe, że on jest Sprawiedliwością, ale jego nikt nie może osądzić sprawiedliwie? Aaach, nieważne. - machnął ręką, cicho się śmiejąc. Nie w jego stylu było rozpowiadanie jego refleksji, które i tak były oczywiste, choć każdy na nie oko przymykał. W końcu oderwał wzrok okna i przeniósł go na Fausta.
- Mów, Fauście, widzę, że coś cię gryzie. - wyprostował się.
- Wybacz, Panie, za moją wścibskość, ale czy mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy na temat Twego planu? Oczywiście przebacz, jeśli nie chcesz... - od razu zniżył głowę w dół, co przypominało kulenie się psa.
- Spokojnie, Fauście. Jesteś jedynym, do którego mam tak dużą pewność co do twojej lojalności. Więc... - urwał, wstając ze swojego tronu i ruszył na środek sali, gdzie znajdował się ołtarz. - Chodź tu. - skinął dłonią, a Faust już za sekundę stał u boku Sina. Demon wyciągnął dłonie naprzeciw zawiniątka, które znajdowało się na środku, po czym rozpakował to, co było wewnątrz.
- Po dłuższych moich staraniach w końcu sprawiłem, że ta połówka amuletu odzyskała swoją pełną moc, jej wzór stał się widoczniejszy. Widzisz to zgorączkowanie podwładnych? Pewnie ty też czujesz jak krew w tobie aż wrze do działania. Urośliśmy w siłę i to jest właśnie Nasza szansa. Dzięki temu pokonamy odległość do Niebios, która tak bardzo Nam dotychczas utrudniała zadanie. - mówił z zafascynowaniem Sin, przyglądając się symbolowi na amulecie, który trzymał w dłoniach i powoli go obracał. Po chwili szybko się oderwał od niego i spojrzał podejrzliwie na Fausta. Ta nagła reakcja go zdziwiła, a Sin zaczął szybko zawijać w czerwoną chustę, jednak nie dawał tego po sobie poznać. Demon demonowi nigdy nie był w stanie do końca zaufać. Błękitnookiemu przed oczami przeleciała wizja, w której to on ma amulet na sobie i dowodzi szeregami Upadłych Aniołów. Szybko ją jednak zgasił.
- Panie, jesteś geniuszem. - powiedział z gracją i delikatnością w głosie.
- Dobrze to wiem, Fauście, nie schlebiaj mi, kiedy jest to zupełnie niepotrzebne. - odpowiedział obojętnym tonem, po czym odwrócił się i skierował się w stronę swojego tronu. Po drodze schował zawinięty amulet do wewnętrznej kieszeni swojej narzuty. Przystanął na chwilę, zastanawiając się nad czymś. Spojrzał przez ramię na chwilę na Fausta.
- Możesz już odejść. - rzekł spokojnie.
- Tak, mój Panie. - skinął głową, po czym obrócił się na pięcie w stronę bramy wyjściowej. Trzask zamkniętych drzwi rozległ się echem po dużej sali, by potem nastąpiła głucha cisza. Sin w końcu usiadł na tronie zdobionym złotem, wprowadzając się w stan głębokiej refleksji. Wyraźnie coś go martwiło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz